Przejdź do głównej zawartości

Pomyśl zanim wrzucisz dziecko (na fejsa)

Mam trzy "ulubione" kategorie zdjęć, wrzucanych na fejsia przez moich bliższych lub dalszych znajomych (przez Zuckerberg & Company nazwanych rozkosznie "przyjaciółmi"): jedzenie, koty i dzieci.

Sam już nie wiem: być może wykazuję się zbyt małą dozą empatii, ale naprawdę mało mnie obchodzi to, co i gdzie za chwilę przejdzie przez twój układ pokarmowy (jesteś w XYZ z ABC już trzeci raz w tym tygodniu? niezmiernie cieszy mnie wasze szczęście); równie mało obchodzi mnie wygląd twoich kotków, który utrwalasz już po raz dziesiąty (naprawdę -- twoje koty od ostatniego razu aż tak bardzo się nie zmieniły). Ale -- jak mawia pewien mój znajomy -- każdemu jego porno. W ostateczności nikt nie zmusza mnie do oglądania tych wynurzeń. Jeszcze.

Tak czy siak nieco inaczej sprawa ma się z ostatnią kategorią zdjęć -- waszych (lub też -- jak śpiewała 19 lat temu Majka Jeżowska -- "naszych") dzieci.

Zacznijmy od podstaw.

Ochronę naszego (niezwykle cennego oczywiście) wizerunku ustawodawca stara się nam zagwarantować -- przede wszystkim -- poprzez ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Art. 81.
1. Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. W braku wyraźnego zastrzeżenia zezwolenie nie jest wymagane, jeżeli osoba ta otrzymała umówioną zapłatę za pozowanie.
2. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku:
     1) osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnie-niem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych;
     2) osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

Gdyby stała nam się z tej racji jakaś krzywda (czyt. nastąpiłaby publikacja naszego wizerunku bez dopełnienia wymaganych formalności lub przy braku przesłanek z art. 81 ust 2) ustawodawca mówi:

Art. 83.
Do roszczeń w przypadku rozpowszechniania wizerunku osoby na nim przedstawionej oraz rozpowszechniania korespondencji bez wymaganego zezwolenia osoby, do której została skierowana, stosuje się odpowiednio przepis art. 78 ust. 1; roszczeń tych nie można dochodzić po upływie dwudziestu lat od śmierci tych osób.

W art. 78 ust. 1 mowa jest o działaniach w związku z naruszeniem autorskich praw osobistych, którymi nie będę was tutaj katował. Swoją drogą jest to dość zacna konstrukcja -- mamy prawo do ochrony obrazu naszej buzi w taki sam sposób, jak gdybyśmy byli jej autorami. Czyż to nie urocze? Gdyby komuś było mało z tej książeczki, może też skorzystać z drogi cywilnoprawnej w związku z naruszeniem dóbr osobistych (art. 23 i 24 kodeksu cywilnego). Wnikał w temat bardziej nie będę, googlanie wam w razie czego sporo podpowie.

Krótko mówiąc: aby publikacja naszego wizerunku była lege artis osoba, której wizerunek ma zostać opublikowany, co do zasady powinna wyrazić na to zgodę. Doktryna utrzymuje, że nie może być w tej sytuacji mowy o zgodzie domniemanej lub dorozumianej -- musi zostać ona wyrażona wprost, a sytuacją idealną jest ta, w której zawiera ona dodatkowo warunki publikacji wizerunku.

W przypadku osoby małoletniej możemy mówić o rozporządzaniu prawem do publikacji jej wizerunku  -- zgodnie z zasadami art. 81 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych -- przez jej przedstawicieli ustawowych (art. 11 kc). Biorąc pod uwagę brzmienie art. 20 kc...

Art. 20.
Osoba ograniczona w zdolności do czynności prawnych może bez zgody przedstawiciela ustawowego zawierać umowy należące do umów powszechnie zawieranych w drobnych bieżących sprawach życia codziennego.

... jak również artykułów kolejnych (art. 21 i 22 kc) możemy z przekonaniem graniczącym z pewnością stwierdzić, że niezaprzeczalne oraz pełne prawo do dysponowania własnym wizerunkiem uzyskujemy... dopiero po osiągnięciu pełnej zdolności do czynności prawnych (co niekoniecznie musi być związane z ukończeniem 18. roku życia -- if you know what I mean ;-) ).

I w ten sposób łagodnie przechodzimy do publikacji wizerunków naszych zstępnych, dzieci znaczy się.

Traktując takiego małego człowieka jak Człowieka powinniśmy wyjść z założenia, że przysługuje mu -- jak każdej innej osobie -- prawna ochrona wizerunku, której (jako jego przedstawiciele ustawowi) jesteśmy depozytariuszami. Zatem: skoro mamy prawo wyrażania zgody wobec innych do publikacji wizerunku naszego podopiecznego / naszej podopiecznej, to tym bardziej sami mamy prawo do dokonania takiej publikacji. W świetle prawa rachunek się zgadza.

Dla mnie jednak ważniejszym staje się pytanie o to, czy będąc odpowiedzialnym za ochronę wizerunku swojego podopiecznego sam będę miał (moralne) prawo do łamania zasady ochrony wizerunku, publikując gdzie mi się podoba zdjęcia "swojego" małoletniego. Oczywiście na zgodę dziecka w tej kwestii przez pierwszy okres jego / jej życia nie mamy co liczyć, odwołując się zaś do idei "świadomej zgody" możemy poczekać na nią zdecydowanie dłużej (czasami przeglądając otchłanie internetu mam dziwne wrażenie, że część przedstawicieli naszego gatunku do przymiotnika "świadoma" może nigdy nie dojść). Drugim pytaniem może być to, gdzie znajduje się granica w publikacji zdjęć "swojej" pociechy -- jakie zdjęcia opublikować mogę (o ile w ogóle mam do tego prawo), a jakie powinienem zachować jednak -- co najwyżej -- w rodzinnym albumie. Zgodnie z zasadą "co raz wrzucone do sieci: nie zginie", "zdjęcie raz wrzucone do sieci zaczyna żyć własnym życiem" oraz Efekt Streisand.

I pozostawiając Drogich Czytelników z tymi pytaniami zakończę optymistyczną (dla siebie oczywiście) konkluzją, że w czasach mojego dzieciństwa funkcjonowanie Internetu było gdzieś daleko poza świadomością moich najbliższych, moich nielicznych analogowych zdjęć -- z tego co wiem -- na razie nikt nie ma zamiaru skanować i ich tu wkładać oraz że gdy miałem kilkanaście lat moi szkolni koledzy nie mieli okazji podręczyć mnie moim zdjęciem, wykonanym w niezbyt szczęśliwej dla mnie sytuacji.

Przyłączając się jednocześnie do hasła kampanii fundacji Dzieci Niczyje "Pomyśl zanim wrzucisz". Szczególnie zdjęcie dziecka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Niezależni.org [ku pamięci]

Wpis zdecydowanie okazjonalny, chociaż lepiej by było (w moim - jak również kilku[nastu] innych ludzi mniemaniu - gdyby takiej okazji nigdy nie było). Dzisiaj swoją działalność kończy miejsce dla mnie szczególne, przez długie lata utożsamiane z moim "internetowym domem", adresem, pod którym zawsze czułem się "u siebie". Zaczęło się kilka dobrych lat temu, kiedy kidzior (Marek Karcz) wpadł na pomysł zorganizowania strony do Listy Niezależnych Radia Łódź. Najpierw współpraca z Radiem Łódź, później przejście na własną rękę, wiele recenzji, informacji o koncertach (początkowo głównie z Łodzi, później pojawiały się informacje z Pabianic, Bełchatowa, Piotrkowa Trybunalskiego - aż w końcu nawiązano współpracę z jednym z krakowskich klubów..). W końcu organizowanie koncertów pod własnym szyldem (z banerem, który zaginął w akcji..), zloty bardziej i mniej świąteczne, ale zawsze w dobrych humorach i z niezapomnianymi akcjami. Dzieliło nas czasami prawie wszystko, łączyło zami...

Uliczna (sub)kultura strachu

Właściwie już nawet sam nie wiem, ile razy miałem taką sytuację. Jadę rowerem, przede mną ( vis-à-vis ) osoba / osoby z małym dzieckiem. Nagle "zorientowanie się w sytuacji", nerwowe przyciągnięcie dziecka do siebie, czasami dość głośne "uważaj, rower jedzie", "patrz przed siebie", "zejdź z drogi". Nie pozostaje mi w zasadzie nic więcej, jak tylko uśmiechnąć się do mijających mnie pieszych z maluchem i nieśmiało uśmiechnąć się, z nieukrywanym uczuciem zakłopotania. Niezmiennie, za każdym razem. Stałem się -- wbrew swojej woli -- uczestnikiem jednej z pierwszych lekcji "wychowania komunikacyjnego" tego młodego człowieka. Oto ja: rowerzysta, szybki, większy, "silniejszy", "ustąp mi miejsca". Oto on: pieszy, wolniejszy, "narażony na obrażenia, które mu niechybnie zafunduję, jeśli tylko nie zejdzie mi z drogi". Za chwilę pewnie pytanie "a gdzie ja jeżdżę, skoro mi dzieci prosto spod kół zabierają...

Przywróćmy myślenie

W sumie trudno mi powiedzieć, jakie uczucia towarzyszą mi, gdy czytam kolejne informacje dotyczące akcji przywracania lekcji historii w szkołach . Nawet nie chodzi mi o te całe dywagacje, jaki będziemy mieli patriotyzm ( a teraz jaki mamy? ), jaką wiedzę historyczną będą miały następne pokolenia ( a teraz jaką mają? ) czy jak "władza ogłupia lud". Spuszczę zasłonę milczenia na teksty wygłaszane przez obrońcę nauki historii, Łukasza Warzechę , który nie widzi potrzeby rozmowy z uczniami jako  "niepełnoprawmymi partnerami do dyskusji" . Z uczniami nie rozmawiałem - przyznał Warzecha. - Mam wrażenie, że uczeń na poziomie I klasy liceum nie jest w stanie ogarnąć wszystkich konsekwencji. Jeżeli ktoś ma 15 czy 16 lat to, nie chcę nikogo urazić, ale nie jest pełnoprawnym partnerem takiej dyskusji - uważa. [ 1 ] Nie wiem, jakie uczucia mi towarzyszą, gdy czytam te rewelacje, bo jest to coś pomiędzy śmiechem przez łzy i zażenowaniem. Rozpoczęto batalię o liczbę godz...