Przejdź do głównej zawartości

Alkoholowa Zulu-Gula

Zapewne ta młodsza część czytelników bloga, którzy celowo lub przez przypadek tutaj zajrzeli, nie będzie pamiętała pewnego kultowego już cytatu z Zulu-Guli, który regularnie wygłaszał (późniejszy) poseł na Sejm RP, Tadeusz Ross:

Polska to bardzo dziwna kraj.
Polska to jest bardzo ciekawa kraj! 

Trochę szkoda, że emisję programu zakończono już w 1995 roku -- przecież nasz kraj dopiero się rozkręcał. Zaś jednym z wdzięczniejszych tematów, który od wielu już lat w Polsce eksploatujemy, jest kwestia sprzedaży oraz spożywania alkoholu. Zapominamy przy tym dość często, że rzeczywistość powinna jednak nieco odbiegać od satyry, mającej ją przecież  piętnować --  żeby satyra miała rację bytu. Mam nieodparte wrażenie, że w temacie alkoholu w Polsce satyrę zastąpiliśmy rzeczywistością.

Ogólnokrajowy miesiąc trzeźwości już dawno za nami, także bez większych wyrzutów sumienia postaram się zebrać w jednym miejscu kilka sytuacji / uregulowań, mających szansę na kandydowanie do the best of... w kategorii "alkohol". Z pewnością nie będzie to pełne zestawienie oraz lista zamknięta -- w końcu kreatywne rozwiązania to nasza narodowa cecha.

Nieodłączną towarzyszką naszej podróży niech nam będzie ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, którą to złe komunisty w mrocznych czasach stanu wojennego narzuciły narodowo-katolickiej części społeczeństwa, dla większego jej uciemiężenia. Niedługo ta smutna rocznica, uczcijmy to minutą ciszy lub lampką dobrego wina (tego samego dnia w 1497 r. wojsko polskie pod dowództwem króla Jana I Olbrachta, zmarłego w Toruniu, zostało rozgromione w bitwie pod Koźminem na Ukrainie z Hospodarstwem Mołdawskim m.in. przez Turków i Tatarów; przypadek? nie sądzę).

A zatem.

Po pierwsze: piwo (czasem także wino -- jak w tym przypadku, patrz: tablica reklamowa) to nie alkohol. A przynajmniej niektórzy dążą lub dążyli do tego, aby edukacja w tym zakresie dotarła nawet do najmłodszych.



W proces edukacji aktywnie włączył się także nasz szanowny ustawodawca, który rozróżnienie na piwa i alkohole wprowadził do treści odpowiedniej ustawy:

Art. 12.
1. Rada gminy ustala, w drodze uchwały, dla terenu gminy (miasta) liczbę punktów sprzedaży napojów zawierających powyżej 4,5% alkoholu (z wyjątkiem piwa), przeznaczonych do spożycia poza miejscem sprzedaży jak i w miejscu sprzedaży.

lub też

Art. 13[1].
1. Zabrania się na obszarze kraju reklamy i promocji napojów alkoholowych, z wyjątkiem piwa, którego reklama i promocja jest dozwolona, pod warunkiem że:
1) nie jest kierowana do małoletnich;
2) nie przedstawia osób małoletnich;
3) nie łączy spożywania alkoholu ze sprawnością fizyczną bądź kierowaniem pojazdami; (...)

Po drugie: alkohol alkoholowi nierówny, tak więc są też inne rodzaje trunków, których do alkoholi zaliczyć nie można

Oczywiście z tym miejscem publicznym to tak nie do końca (pewnie skrót myślowy, powszechnie stosowany przez fachowca z mediów), ale o tym będzie co nieco później.


Po trzecie: odpowiednia odległość od najbliższego, alkoholowego źródełka, to niewątpliwie jedna z najsprytniejszych myśli legislacyjnych naszego ustawodawcy. Przecież nic tak nie zniechęci naszej rozleniwionej polskiej młodzieży przed sięgnięciem po butelkę, jak konieczność dłuższego spaceru do popularnego monopola (mają monopolowy w witrynie przy bramie pod oknem mieszkania? cóż, to już nie nasze zmartwienie).

Jednak polska myśl gospodarcza nie takie przeciwności już pokonywała. Slalomem, panowie, slalomem.

- Sklep mam tutaj niemal od 10 lat – mówi Jan Skwierawski. – Nagle okazało się, że nie mogę sprzedawać wina i wódki, ponieważ 90 metrów dalej jest Orlik. Wcześniej też było boisko i nikt nie robił problemów. Utrata koncesji oznaczałaby dla mnie bankructwo. Nasi radni ustalili sobie durne przepisy, że wymagane jest najmniej 100 metrów od sklepu do wejścia na boisko. Nigdy nie spotkałem się, by dzieci chciały kupić u mnie mocniejsze trunki. Piwo owszem, zdarzało się. Ale nie wino czy wódkę.
Właściciel długo myślał nad tym, jak rozwiązać problem. Komisja przyznająca pozwolenie na sprzedaż alkoholu dwukrotnie mu odmówiła. Nagle go olśniło.
Kupił drewniane płotki, mocne śruby i przed swoim sklepem wybudował labirynt. Tym samym wydłużył drogę dojścia do sklepu o kilkanaście metrów [3.1]

Żeby nie było, że tylko Bydgoszcz jest taka hop do przodu, Łódź stanęła w awangardzie (w końcu Łódź Kreuje). Po różnych przypadkach barierek, słupków, płotków i innego skomplikowanego ustrojstwa my postawiliśmy na rozwiązania prostsze: czystości i nieskalania łódzkich dzieci z Radogoszcza bronić będzie krawężnik. A właściwie -- krawężniki.


Po czwarte: to kiedy gdzie i kiedy można nie jest takie oczywiste. Dżentelmen nie pije przed południem, nie pije też w miejscach do tego nie przeznaczonych -- a z tym przecież bywa różnie.


Prześledzenie historii zmian naszej ustawy z 1982 roku pod względem tego, gdzie, kiedy i co można było spożywać jest wciągającym zajęciem, które i Wam polecam (jak zresztą przeglądanie historii zmian każdego aktu prawnego ;-) ).

Pierwotny tekst ustawy z 1982 roku zakładał na przykład, że w lokalu gastronomicznym legalnie można albo było przed poranną kawą albo dopiero przy obiedzie.

Art. 14. 1. Zabrania się sprzedaży, podawania i spożywania napojów alkoholowych:
(...)
   5)   w lokalach gastronomicznych i innych miejscach sprzedaży w godzinach od 6 do 13;

Od tego nieludzkiego przepisu, co równie ciekawe, wyzwolił nas dopiero kapitalizm w 1990 roku ;-) Obecnie funkcjonujący zapis z listą miejsc zakazanych stanowi pewną wariację na temat rozwiązań z 1982 roku. Zapisem ustawowym, który dotychczas zrobił największą karierę oraz -- moim zdaniem -- jest jednym z najpopularniejszych przepisów obowiązujących w Polsce (praktycznie równie często cytowanym, jak i przekręcanym) jest ust. 2a z art. 14

2a. Zabrania się spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach, z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów.

Pewnie dla części osób ciekawostką będzie to, że w takim brzmieniu wprowadzono go do ustawy dopiero w 2001 roku (czyli -- z mojej perspektywy oczywiście ;-) -- stosunkowo niedawno).

W tym miejscu mogę wykorzystać nadal aktualne zapisy sprzed roku z lekkim okładem, odwołując się do tekstu Rozumiem pana, panie Gowin (niedziela, 23 września 2012).

Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi w artykule 14 określa to, co popularnie zwykło się nazywać "zakazem picia alkoholu w miejscach publicznych" -- dokładniej rzecz ujmując chodzi o "zakaz spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach, z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów". Pomijam już w miarę oczywisty absurd, że picie piwa w "ogródku" na Piotrkowskiej jest OK, picie tego samego trunku zaraz obok (poza ogródkiem) narusza przepisy ustawy i przyciąga wzrok stróżów prawa. Znacznie zabawniej było w czasie narodowego święta zwanego Euro, kiedy to co poniektóre media otwarcie pytały: "Czyżbyśmy usunęli jakieś zapisy z naszej ustawy?" [5] Z rozbrajającą szczerością sprawę wyjaśniał wtedy Michał Brandt z Zespołu Rzecznika Miejsko-Wojewódzkiego Sztabu Operacyjnego (z Gdańska).
- Absolutnie nie. Nie ma takiej możliwości - odpowiada Brandt. - Prawo jest prawem, można je tylko egzekwować twardo albo łagodniej. [5]

Wystarczy, żeby zakończył się czas radosnego karnawału i "pokazywania się" w świecie, aby w naszym polskim grajdołku wszystko wróciło do normy [6].


I w taki oto sposób będąc w Berlinie pójdę w słoneczny dzień na grilla z butelką piwa na teren portu lotniczego Berlin-Tempelhof (jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji zobaczyć, jak wspaniale żyje ta ogromna przestrzeń, położona zaledwie 4 kilometry od centrum miasta -- polecam!), zaś 1 maja -- jeśli wszystko dobrze pójdzie -- będę bawił się (z alkoholem lub bez -- według uznania) na gigantycznej imprezie na berlińskim Kreuzbergu.

Zaś dzisiaj wieczorem wybiorę się z dwoma dobrymi, warszawskimi duszami na otwarcie tegorocznej edycji Light Move Festival. Co jakiś czas pewnie przemknie w tłumie ktoś, kto kamuflując w papierowej torebce butelkę będzie sączył jej zawartość, narażając się na dorzucenie do ceny zakupionego alkoholu kolejnych 100 zł. W końcu to nie Warszawa, w której alkohol spożywać można jedynie na jednym brzegu rzeki (wtedy dostaniesz mandat za co innego).

Ciekawą teorię ma za to policja. - Naszym zdaniem zabudowana część Wisły po jej lewej stronie ma swoją nazwę, czyli Bulwary Wiślane. To pozwala traktować je jak ulicę i egzekwować przepis art. 43 ustawy, czyli zakaz spożywania alkoholu - mówi asp. Mariusz Mrozek, rzecznik Komendy Stołecznej Policji. - Natomiast teren po prawej stronie jest niezagospodarowany. Wydaje się więc, że nie ma podstaw, by tam wystawiać mandaty za to wykroczenie. Ale to nie oznacza, że nie można inaczej oddziaływać na osoby, które zachowują się nieodpowiednio. Można karać za zakłócanie spokoju i porządku, za zanieczyszczanie terenu, za nieobyczajne wybryki czy choćby za demoralizowanie nieletnich. To wykroczenia, które często występują w połączeniu ze spożywaniem alkoholu. [7]

Polska to bardzo dziwna, smutna i hipokryzyjna kraj.


Źródła:
[3.1] Andrzej Kus, Labiryntem po wino i wódkę, czyli jak ominąć przepisy, MojeMiasto Szczecin, 06.05.2010.
lub też:
[5] Aleksandra Kozłowska, Dlaczego w trakcie Euro 2012 kibice bezkarnie piją piwo na ulicy?, Gazeta.pl Trójmiasto, 19.06.2012. 

Komentarze

Anna Barańska pisze…
Ciekawy artykuł. Pozdrawiam
Dzięki :-) Co prawda ustawodawstwo zdążyło się już pozmieniać i tekst wymagałby aktualizacji, ale i w tej formie jest osobliwą pamiątką dawnych czasów.
Anonimowy pisze…
Fajnie to wszystko zostało tu opisane.

Popularne posty z tego bloga

Niezależni.org [ku pamięci]

Wpis zdecydowanie okazjonalny, chociaż lepiej by było (w moim - jak również kilku[nastu] innych ludzi mniemaniu - gdyby takiej okazji nigdy nie było). Dzisiaj swoją działalność kończy miejsce dla mnie szczególne, przez długie lata utożsamiane z moim "internetowym domem", adresem, pod którym zawsze czułem się "u siebie". Zaczęło się kilka dobrych lat temu, kiedy kidzior (Marek Karcz) wpadł na pomysł zorganizowania strony do Listy Niezależnych Radia Łódź. Najpierw współpraca z Radiem Łódź, później przejście na własną rękę, wiele recenzji, informacji o koncertach (początkowo głównie z Łodzi, później pojawiały się informacje z Pabianic, Bełchatowa, Piotrkowa Trybunalskiego - aż w końcu nawiązano współpracę z jednym z krakowskich klubów..). W końcu organizowanie koncertów pod własnym szyldem (z banerem, który zaginął w akcji..), zloty bardziej i mniej świąteczne, ale zawsze w dobrych humorach i z niezapomnianymi akcjami. Dzieliło nas czasami prawie wszystko, łączyło zami...

Uliczna (sub)kultura strachu

Właściwie już nawet sam nie wiem, ile razy miałem taką sytuację. Jadę rowerem, przede mną ( vis-à-vis ) osoba / osoby z małym dzieckiem. Nagle "zorientowanie się w sytuacji", nerwowe przyciągnięcie dziecka do siebie, czasami dość głośne "uważaj, rower jedzie", "patrz przed siebie", "zejdź z drogi". Nie pozostaje mi w zasadzie nic więcej, jak tylko uśmiechnąć się do mijających mnie pieszych z maluchem i nieśmiało uśmiechnąć się, z nieukrywanym uczuciem zakłopotania. Niezmiennie, za każdym razem. Stałem się -- wbrew swojej woli -- uczestnikiem jednej z pierwszych lekcji "wychowania komunikacyjnego" tego młodego człowieka. Oto ja: rowerzysta, szybki, większy, "silniejszy", "ustąp mi miejsca". Oto on: pieszy, wolniejszy, "narażony na obrażenia, które mu niechybnie zafunduję, jeśli tylko nie zejdzie mi z drogi". Za chwilę pewnie pytanie "a gdzie ja jeżdżę, skoro mi dzieci prosto spod kół zabierają...

Przywróćmy myślenie

W sumie trudno mi powiedzieć, jakie uczucia towarzyszą mi, gdy czytam kolejne informacje dotyczące akcji przywracania lekcji historii w szkołach . Nawet nie chodzi mi o te całe dywagacje, jaki będziemy mieli patriotyzm ( a teraz jaki mamy? ), jaką wiedzę historyczną będą miały następne pokolenia ( a teraz jaką mają? ) czy jak "władza ogłupia lud". Spuszczę zasłonę milczenia na teksty wygłaszane przez obrońcę nauki historii, Łukasza Warzechę , który nie widzi potrzeby rozmowy z uczniami jako  "niepełnoprawmymi partnerami do dyskusji" . Z uczniami nie rozmawiałem - przyznał Warzecha. - Mam wrażenie, że uczeń na poziomie I klasy liceum nie jest w stanie ogarnąć wszystkich konsekwencji. Jeżeli ktoś ma 15 czy 16 lat to, nie chcę nikogo urazić, ale nie jest pełnoprawnym partnerem takiej dyskusji - uważa. [ 1 ] Nie wiem, jakie uczucia mi towarzyszą, gdy czytam te rewelacje, bo jest to coś pomiędzy śmiechem przez łzy i zażenowaniem. Rozpoczęto batalię o liczbę godz...